Z głową opartą na skrzyżowanych ramionach obserwowałam niebo za oknem. Jasnoniebieską, gładką powierzchnię przerywały plamy białego puchu. Rozciągały się jak strzępy cukrowej waty, zachłannie rozrywanej dziecięcymi dłońmi. Na gałęzi jarzębiny usiadł gruby gołąb. Mościł się chwilę między jeszcze łysymi konarami, aż znalazł wygodną pozycję. W końcu znieruchomiał, jak wszystko dookoła. Już niedługo drobne pąki drzew wypuszczą zalążki bladozielonych liści. Już niedługo… Tymczasem cisza osiadła nad dachami, ulicami, trawnikami. Świat się skurczył. Opustoszał. Zamknął w sobie. Chociaż promienie słońca przyjemnie ogrzewały moją twarz, nie przyniosły mi spokoju, jak miały w zwyczaju. Nie pomógł też zapach nadchodzących cieplejszych miesięcy, wciskający się do środka przez uchylone okno. Wzięłam łyk kawy. Jej chłód kontrastował z rozgrzanym od słońca ciałem. Odruchowo przyłożyłam dłoń do serca. Chyba przybrało na wadze w ostatnich dniach. Spuchło od rosnącego w powietrzu napięcia. Jakby chciało ulżyć światu, wchłaniając w siebie choć trochę gęstniejącego niebezpiecznie bezruchu. Kto wie, może nawet uratowało przed pęknięciem tę nabrzmiałą bańkę.

„Świat wypadł mi z moich rąk” – zanuciłam w myślach. Nie mogłam sobie przypomnieć, czyja to piosenka. Nieważne. Gruby gołąb przebudził się. Zatrzepotał skrzydłami. Odleciał.

Photo: Minh Tri on Unsplash.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *