Dużo ostatnio myślę o inspiracji. Zaczęło się w grudniu od koncertu Korteza. Długo mieliłam w głowie to, co mnie wtedy spotkało. Zakończenie tej historii przyszło do mnie kilka dni temu. A kiedy zobaczyłam ją w całej okazałości, poczułam, że chcę się nią podzielić. Będzie o tym, że czasem najlepsze historie pisze samo życie.

Moja opowieść wigilijna

Właściwie niezupełnie wigilijna, bo wydarzyła się przed Wigilią. Tytuł powinien chyba brzmieć „Moja grudniowa opowieść”. No ale zakończenie pojawiło się w styczniu. „Moja opowieść grudniowo- styczniowa”? Brzmi beznadziejnie. Zostanę jednak przy „Opowieści wigilijnej”, bo najważniejszy jest w niej pierwiastek metafizyczny. Święta Bożego Narodzenia to taki trochę magiczny czas. Planujemy, jakimi prezentami obdarujemy bliskich, spotykamy się z rodziną, chętniej uśmiechamy się do obcych, łatwiej wybaczamy i bardziej tęsknimy za nieobecnymi. W powietrzu wisi wtedy aura pod hasłem „wszystko jest możliwe”. No więc w grudniu po raz pierwszy w życiu wybrałam się na koncert Korteza (Jeśli nie kojarzysz człowieka, wygoogluj go i posłuchaj. Tylko uprzedzam, strasznie smęci. Pięknie, ale jednak smęci). Tamtego wieczora siedziałam na widowni z Lubym i trzymałam na rękach moją śpiącą 9-miesięczną córę. Otoczył nas półmrok, przerywany co chwilę piękną grą świateł. Coś niezwykłego. Kortez pochylony nad pianinem, schowany jak zawsze pod kapturem czarnej bluzy i zanurzony głęboko w sobie. Jego głos wypływający z samego środka duszy. Przeszywający emocjami, autentycznością i smutkiem. No więc w tej magicznej scenerii dopadły mnie w końcu wspomnienia.

Retrospekcja

Tak się złożyło, że odkrycie przeze mnie muzyki Korteza zbiegło się z chorobą nowotworową mojego taty. Kiedy słyszę te utwory, przed oczami migają mi sceny: tata bawiący się na podłodze z moimi synami, tata tracący na wadze, tata cichy i skupiony na bólu, moja dłoń na jego dłoni w przeddzień jego odejścia. Ta muzyka zawsze towarzyszyła nam w tle w drodze na chemioterapię. Tak jakby była mi dana, żeby łatwiej znieść to, co na nas czekało za rogiem. Pomagała przetrawić emocje i wyrzucić je na zewnątrz. Przynosiła ulgę. Miesiąc po śmierci taty zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że tak się stanie, jeszcze zanim uświadomiłam sobie, że jestem w ciąży. Po prostu pewnego dnia poczułam w sobie tę pewność. Znacie to uczucie? To tak jakby ktoś na chwilę, na setną sekundy, zdjął nam opaskę z oczu i pozwolił zobaczyć przebieg wydarzeń w całej jego ostrości. Zdarzyło mi się to w życiu zaledwie kilka razy. W mojej głowie w tamtej dziwnej ułamko-chwili rozgościła się myśl, że będę w ciąży. I że to będzie moja upragniona córa. Tak, ona jest moim prezentem od taty.

Wróćmy do koncertu

Kiedy więc tego grudniowego, zimnego wieczora siedziałam na widowni i myślałam o tacie, poczułam wdzięczność, że mogę być tu i teraz, z Małą śpiącą błogo w moich ramionach i z Lubym u boku. W pewien sposób był tam ze mną także mój tata. Po koncercie spróbowaliśmy dostać się do Korteza. Chcieliśmy podziękować za ten wieczór i za jego muzykę. Nie liczyliśmy na to, że nam się uda. Po dwóch godzinach dawania z siebie wszystkiego, wywlekania w muzyce swojej intymności, miał prawo chcieć być sam. A jednak los nam sprzyjał. Spotkaliśmy się, kiedy wracał z papierosa. Podszedł do nas, przywitał się i bez słowa wyjaśnienia czy zapytania o zgodę wziął Małą z moich ramion.
– Chodź do wuja – spojrzał na nią i wziął ją na ręce. A ona zrobiła coś zdumiewającego. Pozwoliła mu na to. A przecież dopiero co się obudziła, więc powinna być marudna. I nie pozwala obcym brać siebie na ręce! Nawet babcia nie zawsze ma ten przywilej. Tymczasem spokojnie i z ufnością wpatrywała się w tego człowieka. Położyła rękę na jego ramieniu i poszła z nim do garderoby, żeby poznać resztę zespołu. Nawet się za mną nie obejrzała! Tak jakby była to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Jakby znali się od dawna. Pomyślałam wtedy, że wydarzenia zatoczyły koło i właśnie coś zostało przypieczętowane, domknięte. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. „Tak właśnie miało być, prawda tato? Ona jest przecież prezentem od Ciebie.”

Kropka nad i

Na początku stycznia mój teść zapytał, kiedy Mała ma imieniny. „Nie wiem”- odpowiedziałam zgodnie z prawdą, bo nie przywiązuję wielkiej uwagi do imienin. To pytanie wróciło do mnie dwa tygodnie później. Sprawdziłam. I wiecie, co? Jej imieniny przypadają w dniu urodzin mojego taty. Niezwykłe, prawda? Mówiłam już, że jest prezentem od niego? I dla niego, jak się okazało.

Wracając jednak do tematu. Miało być o inspiracji rzeczywistością. Jak zatem zainspirowało mnie moje w stu procentach rzeczywiste doświadczenie? Ano tak, że powstanie z niego opowiadanie, i to niemalże 1:1. Po prostu, przeleję tę historię na papier. Z dedykacją dla taty, oczywiście.

A jeśli chcesz poznać więcej źródeł inspiracji, zapraszam Cię tu.

Photo by Oscar Keys on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *