Postanowiłam w końcu urządzić sobie azyl na balkonie. Chciałam, żeby był przytulny, zielony i pachnący: intensywną lawendą, cytrynową melisą i słodkimi surfiniami. Moje miejsce do pracy, pisania i łapania dystansu do świata w letnie, słoneczne dni. Dokładnie obmyśliłam, co gdzie i jak. Obejrzałam mnóstwo zdjęć-inspiracji na Pintereście, zamówiłam sztuczną trawę i nowe skrzynki na balkon, a w międzyczasie kupiłam kwiaty i zioła. Stałam na balkonie i oczami wyobraźni urządzałam całą przestrzeń.

Kiedy pojawiają się schody

I wtedy zobaczyłam kilka odprysków starej farby na balustradzie. Spod brązowych plam prześwitywała brudna biel. Zadziałałam błyskawicznie. Nic nie mogło popsuć mojego planu! Kupiłam puszkę farby i zamalowałam tych kilka nieszczęsnych miejsc. Miało pójść szybko i bezboleśnie. W końcu to tylko odpryski. Następnego dnia – kiedy pobiegłam sprawdzić, jak wygląda sytuacja – okazało się, że plamy pięknie pokryły się warstwą nowej farby, ale niestety kolor tych kilku miejsc odbiega od reszty balustrady. No nic, tak bywa. Poczekałam, aż Najmłodsza utnie sobie drzemkę i popędziłam przemalować całą balustradę. Rozpierała mnie duma na myśl o tym, jak pięknie tu będzie, gdy już się uporam z pracą. Jednak kiedy po kilku godzinach zaszłam na balkon skontrolować stan rzeczy, opadły mi ręce. Tym razem okazało się, że jedna warstwa farby to za mało, żeby pokryć równomiernie powierzchnię.

Kolejnego dnia wyprawiłam rodzinę z domu, żeby z determinacją maniaka rzucić się na tę cholerną balustradę i pokazać jej, kto tu rządzi. Calusieńką pokryłam warstwą świeżej farby. Przy okazji z przyjemnością zauważyłam, że podoba mi się to malowanie. Pociągłe i niespieszne ruchy pędzlem uspokajały mnie i dawały radość tworzenia. Zapomniałam już, że twórczość ma tak wiele twarzy. Tamtego popołudnia postawiłam wszystko na jedną kartę. Przed powrotem rodziny postanowiłam dokończyć dzieła, czyli przemalować sufit, odkurzyć i umyć płytki na podłodze, położyć sztuczną trawę i zadomowić tam kwiaty. Stałam właśnie na lekko chyboczącej się drabinie, a w dłoni ściskałam wałek do malowania. Kiedy powoli i ostrożnie kładłam na sufit drugą warstwę farby, wałek wyślizgnął mi się z dłoni i spadł na balustradę, zostawiając na niej wielkie, białe placki. Na chwilę zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki oddech. No tak, gdybym dobrze zaplanowała pracę, to zaczęłabym właśnie od sufitu, pomyślałam. A potem przemalowałam fragment balustrady po raz czwarty!

Kiedy sprzątnęłam bałagan i wyniosłam graty na śmietnik, wróciłam zerknąć na moją małą oazę zieleni. Uśmiechnęłam się szeroko do samej siebie. Warto było tak się trudzić!

Czas na puentę

Z pisaniem (i twórczością w ogóle) jest jak z malowaniem balustrady. Nie zawsze będzie szybko, łatwo i efektownie. Czasami wyskoczy kilka niemiłych niespodzianek. Trzeba będzie usunąć wszystko, co napisałaś(-eś) poprzedniego dnia. Być może będziesz kreślić i poprawiać słowa, zdania, a nawet całe rozdziały. Nie jeden, ale dwa, trzy, cztery razy! Przyjdzie taki moment, kiedy zwątpisz w sens pisania. Oj, przyjdzie. Możliwe, że zabraknie Ci siły i chęci do dalszej pracy. Ale jeśli tylko włożysz w nią cierpliwość, zaangażowanie i determinację, powstanie dzieło pisane sercem. Tę pasję tworzenia poczują Twoi czytelnicy, zapewniam Cię. A Ty poczujesz ogromną radość i satysfakcję, że oto stoisz na mecie i podziwiasz efekt swojej twórczości. I tego Ci właśnie życzę!

A jeśli chcesz się dowiedzieć, gdzie szukać inspiracji do pisania i jak karmić swoją kreatywność, koniecznie zajrzyj tutaj i tutaj.

Fot. Amauri Mejia on Unsplash.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *