Z Katarzyną Wierzbicką – laureatką konkursu Piórko Biedronki z 2019 roku (O królewiczu, który się odważył) i autorką bloga Madka Roku – rozmawiam o debiutach literackich dla dzieci, procesie twórczym, warsztacie pisarskim i rynku książki dziecięcej.

Jak to się stało, że wzięła pani udział w konkursie Piórko Biedronki, a potem go wygrała?

Zawsze miałam marzenie, aby coś, co napiszę, zostało uznane za warte opublikowania. Przez wiele lat pracowałam z książkami – oglądając je nieśmiało wyobrażałam sobie, jakby to było cudownie zobaczyć swoje imię i nazwisko jako autorki. O konkursie Piórko Biedronki opowiedziała mi znajoma. Stwierdziła, że to świetna szansa dla debiutantów. Nie miałam wielkich nadziei, ale pomyślałam Co mi szkodzi? Zawsze można spróbować. W 2018 roku nie udało mi się dostać nawet do finałowej setki, w 2019 prawie zapomniałam o terminie wysyłania utworów. Kończyłam bajkę przez trzy ostatnie noce , a wysłałam ją o dwudziestej trzeciej. Dosłownie na godzinę przed tym, jak kończył się czas, w którym można było składać prace.

Czy spodziewała się pani wygranej? Jakie emocje towarzyszyły pani w trakcie czekania na ogłoszenie wyników?

Nie spodziewałam się. Na wszelki wypadek oczywiście postanowiłam trzymać blisko siebie komórkę w dniu, w którym według regulaminu szczęśliwy zwycięzca miał otrzymać telefon z wiadomością o wygranej. Kiedy jednak ten dzień nadszedł, kompletnie o tym zapomniałam. Pobiegłam do pracy z prawie rozładowaną komórką i przegapiłam pierwsze dwa dzwonki. Jakie emocje towarzyszyły mi w momencie, gdy odebrałam telefon, dokładnie opisałam tutaj 🙂

Czy przed udziałem w konkursie miała pani doświadczenie pisarskie?

To jest konkurs dla debiutantów, którzy nigdy nie wydali własnej publikacji z ISBN. Ja jedynie wrzucałam krótkie opowiadania i felietony u siebie na blogu.

A co z warsztatem pisarskim? Czy brała pani udział w jakichś warsztatach, kursach? Czy może jest pani utalentowanym samoukiem?

Nie czuję się specjalnie utalentowana. Gdybym miała się określać to raczej jako rzemieślnik słowa. Bohaterowie i ich historie pojawiają się w mojej głowie w postaci scen i obrazów. Żądają zdecydowanie i stanowczo, by ich losy opowiedzieć. A potem siadają mi na ramieniu, gdy piszę, wykrzywiają usta w złośliwym uśmiechu i stwierdzają, że mogłabym lepiej się postarać. Więc próbuję. Znaleźć właściwe słowa, ułożyć je w zgrabne zdanie, odkryć najlepszy sposób, by czytelnicy zobaczyli to co ja. To czasem frustrująca praca. Gdybym miała więcej czasu, z pewnością skorzystałabym z kursów. Niestety – przy trójce małych dzieci w domu, pracy zawodowej i hobby w postaci pisania bloga – na warsztaty zwyczajnie nie starcza mi przestrzeni życiowej. Za to korzystam chętnie z rad specjalistów – np. bardzo lubię artykuły na temat pisania na pani stronie 🙂 Nie obrażam się o krytyczne uwagi betaczytelników, wręcz przeciwnie, jestem im za nie szalenie wdzięczna. Poza tym przy pisaniu mojej książki fantasy dla dorosłych współpracowałam z redaktorką i korektorką, jeszcze przed wysyłaniem propozycji do wydawnictw. Bardzo dużo się od nich nauczyłam przede wszystkim tego, jakie błędy popełniam najczęściej, na co muszę uważać, a czego unikać. Następnie wysłałam gotowy tekst jeszcze do profesjonalnego recenzenta.

Nie powiem na 100%, czy to dobra ścieżka, bo w sumie czekam już dwa miesiące i żadne wydawnictwo się jeszcze do mnie nie odezwało 😉 Możliwe, że ktoś inny będzie miał taki talent, że napisze powieść bez jakiegokolwiek wsparcia i zostanie ona od razu z entuzjazmem przyjęta. Ale to nie moja droga. Piszę, bo lubię, bo bym się udusiła nieopowiedzianymi historiami, a potem siedzę i w pocie czoła wygładzam, szlifuję, upiększam. Przez tę moją pasję pisarską straciłam moją poprzednią – czytelniczą. Teraz nie bardzo umiem poczytać coś dla przyjemności. Kiedy biorę dobrą książkę do ręki, zaczynam ją rozkładać na czynniki pierwsze: Aha, więc autorka w ten sposób budowała napięcie, ciekawy pomysł A ten bohater fajnie wprowadzony, a to miejsce akcji chyba można by opisać w jeszcze bardziej wyrazisty sposób. Trochę to odbiera frajdę, ale z pewnością można się dużo nauczyć.

A co było potem? Kiedy wygrała pani konkurs i trzymała już w dłoni swoją książkę, na pewno czuła pani ogromną radość i dumę. Czy kiedy opadły emocje, a przygoda z Piórkiem Biedronki zakończyła się, pojawiły się kolejne propozycje wydawnicze?

Moment, kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki moją książkę, zapamiętam chyba na zawsze. To było szalenie wzruszające i aż sobie trochę pochlipałam nad okładką. Jeronimo Martins organizuje z okazji premiery Piórkowych książek wyjątkową galę, w czasie której wręcza statuetkę i prezentuje książkę. Miałam to szczęście, że spotkałam na tym wydarzeniu przesympatyczne zwyciężczynie i zwycięzcę z poprzedniej edycji. Punktem kulminacyjnym był moment, kiedy fragment mojej bajki został odegrany przez grupę teatralną. Było to tak niesamowite i świetnie zrobione, że aż zaparło mi dech z wrażenia.

Co do propozycji wydawniczych, to nie pojawiły się same z siebie. Nagroda dodała mi skrzydeł i wiary w sens pisania. Jeszcze przed premierą książki O królewiczu, który się odważył rzuciłam się w wir wymyślania historii o jednorożcu i zwykłej-niezwykłej dziewczynce. Napisałam ją, przeczytałam, poprawiłam i rozesłałam już po premierze Piórkowej do około czterdziestu wydawnictw. Żadne nie odpowiedziało pozytywnie! Szczerze mówiąc, to zdecydowana większość wcale nie odpowiedziała. Przyznam, że byłam załamana. Włożyłam w tę opowieść mnóstwo serca i bardzo mi się podobała. Miałam moment kryzysu. A potem… wróciłam do pisania innych historii. Moją bajkę świąteczną przyjęła Zielona Sowa. Obecnie czekam na listopadową premierę Elfa do zadań specjalnych. Na 2021 rok jest również zaplanowane wydanie bajeczek dla młodszych dzieci, ale tu na prośbę wydawnictwa nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów.

Ogromnie się z tego cieszę, ale to nie zmienia faktu, że jeszcze kilka skończonych baśni dla dzieci, a także jedna powieść fantasy, czekają na moim twardym dysku na zmiłowanie wydawnictw. Nie zamierzam się poddawać. Teraz pracuję nad poprawkami i korektą mojej historii o jednorożcu. Przez ten rok, który upłynął od napisania pierwszej wersji, okazało się, że wiele fragmentów wymaga poprawy. Pracuję nad nimi, a następnie spróbuję wysłać tekst jeszcze raz jako propozycję wydawniczą.

Jak ocenia pani z perspektywy czasu swój udział w konkursie Biedronki? Jakie miało to dla pani pozytywne, a jakie negatywne konsekwencje – jeśli takowe się pojawiły?

Nie przypominam sobie negatywnych konsekwencji. Poza nerwicą, której się nabawiłam, kiedy czekałam na premierę i bałam się szalenie, czy książka się komukolwiek spodoba. Potem przeżywałam okropnie, kiedy zdarzyło mi się natrafić na negatywną opinię o Królewiczu. Ale to jest kwestia mojego przewrażliwienia i szybko doszłam do wniosku, że muszę się nauczyć z tym żyć. Czytelnicy mają pełne prawo oceniać przeczytany tekst i nie ma opcji, żeby coś spodobało się wszystkim bez wyjątku. Dla mnie absolutnym mistrzem słowa jest Terry Pratchett, ale są osoby, które nie cierpią jego książek. O gustach się nie dyskutuje i jeśli usłyszę od kogoś, że to, co napisałam, kompletnie nie przypadło do gustu, to w porządku. Nie musi. Natomiast chętnie przyjmuję konkretne wskazówki, co mogę w swoim pisaniu poprawić. Na przykład często słyszę, że brakuje u mnie opisów, więc wzięłam sobie to do serca i staram się uwzględniać w kolejnych książkach.

Co do pozytywów wygranej, to oczywiście było ich wiele. Przede wszystkim oznaczało to spełnienie moich marzeń o tym, że uda mi się zaistnieć jako autorka. Uwierzyłam w siebie, w sens pisania. Znalazłam masę świetnych grup na temat książek, poznałam wielu cudownych ludzi zaangażowanych w pisanie, z którymi można popisać lub pogadać o swojej pasji. A także za pieniądze z wygranej zrobiłam w końcu remont kuchni. To plus, którego nie sposób przeoczyć.

Gdyby mogła pani poradzić coś pisarzom i pisarkom marzącym o zadebiutowaniu książką dla dzieci, co by im powiedziała?

Jeśli miałabym coś radzić debiutantom, to właśnie to, aby się nie poddawać. To nie jest obecnie łatwy rynek dla początkujących autorów. Jeśli nie ma się super szczęścia i książka nie zostaje od razu przyjęta przez wydawnictwo, to nie znaczy, że do niczego się nie nadaje. Dobrze ją odłożyć na jakiś czas, spojrzeć świeżym okiem i wprowadzić poprawki, najlepiej podczas współpracy z kimś bardziej doświadczonym i mniej zaangażowanym emocjonalnie w tekst. A potem próbować dalej.

Ja mam tak, że pewne historie we mnie po prostu siedzą i domagają się opowiedzenia. Dlatego nie potrafię odpuścić. Jeśli też tak to odbieracie, jeśli czujecie, że pisanie sprawia Wam frajdę i daje radość, to walczcie o spełnienie swoich marzeń. Jestem najlepszym przykładem, że każdemu czasem może się zdarzyć cud 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *