Kim jest redaktor? Po co komu korekta tekstu? Czy warto zwracać innym uwagę na ich błędy w social mediach? Jak to jest być aktywną zawodowo mamą czwóreczki? O tym wszystkim rozmawiałam z Ewą Popielarz – redaktorką, korektorką, blogerką i instagramerką, autorką podcastów o pracy redaktora/korektora i twórczynią Akademii Korekty Tekstu. Kiedy myślę o Ewie, w mojej głowie od razu tworzą się skojarzenia: kolor żółty, kobieta dynamit (jej doba jest zdecydowanie dłuższa niż moja) i niezwykła życzliwość. Zapraszam na trzecią część cyklu Rozmowy z Ludźmi Książki.

Ewo, w poprzednich częściach cyklu była mowa o tym, że najpierw autor musi napisać tekst – bajkę, wiersz, opowiadanie itp. Gotowy tekst trafia do ilustratora, który zajmuje się stroną graficzną książki. A teraz przyjrzyjmy się pracy redaktora i korektora. Co to właściwie znaczy, że książka jest redagowana i poddawana korekcie?

Przez lata na różne sposoby definiowałam redakcję i korektę, aż któregoś dnia odebrałam maila od jednej z autorek, z którą współpracowałam. Napisała w nim: „Pani Ewo, to niesamowite – tekst jest teraz taki sam, ale jakby lepszy”. I to „taki sam, ale jakby lepszy” jest kwintesencją pracy redaktora.

Naszym (korektorów i redaktorów) zadaniem jest stanąć w cieniu za autorem i dopracować jego publikację tak, żeby tekst był jak najbardziej przyjazny dla czytelnika. Dbamy przy tym oczywiście o poprawność językową, edytorską, ale też respektujemy indywidualny styl autora i wymogi danego gatunku. To subtelna praca, pełna niuansów i tzw. tozależyzmu. Wyłapywanie literówek i stawianie przecinków w odpowiednich miejscach – czyli zadania, które zwykle łączy się z pracą korektora – to tylko początek. Dalej jest ciekawiej.

Wiem, że masz wieloletnie doświadczenie w pracy z książkami. Czym się różni redagowanie książki dziecięcej od pracy nad książką dla dorosłego czytelnika?

Mam wrażenie, że na redaktorze książki dziecięcej spoczywa o wiele większa odpowiedzialność. Teksty dla dzieci są najczęściej wielokrotnie czytane, a w takim wypadku wszelkie niedociągnięcia prędzej czy później wyjdą na jaw. Poza tym trzeba mieć świadomość, że od tych książek zaczyna się przygoda młodego człowieka z lekturą w ogóle. Redaktor nie ma wpływu na fabułę (albo inaczej – ma ograniczony wpływ, bo zawsze może zasugerować jakieś zmiany), ale wszelkie kwestie poprawnościowe są w jego rękach. I warto o nie zadbać ze szczególną precyzją.

A jeśli chodzi o samą pracę nad tekstem – publikacje dla młodszych czytelników rządzą się nieco innymi prawami niż te dla dorosłych. Zwykle stosuje się układ chorągiewkowy (wyrównanie do lewej) zamiast justowania do obu marginesów, raczej unika się dzielenia wyrazów. Jest większa tolerancja dla powtórzeń – jeśli w książce dla 3-latków występuje mama, to zawsze będziemy ją nazywać mamą. Nie zmienimy tego słowa na rodzicielkę, opiekunkę itp. Bo mama to mama, nawet jeśli występuje w każdym zdaniu. Trzeba też uważać z wprowadzaniem trudnego słownictwa. Oczywiście można to robić, ale warto ułatwić rodzicom życie i mniej popularne terminy od razu wyjaśnić (np. wkładając definicję w usta któregoś z bohaterów).

Można by tak długo opowiadać o tych niuansach, ale prawda jest taka, że nie tylko między książkami dla dzieci a lekturami dla dorosłych są różnice. Przy każdym typie tekstu redaktor musi na nowo uczyć się tego, jak do niego podejść, z której strony go ugryźć. Zawsze powtarzam, że redaktor jest poliglotą, tyle że w ramach języka polskiego. Bo nie ma czegoś takiego jak jeden język polski – jest ich mnóstwo, a redaktor każdego powinien umieć się nauczyć, jeśli chce „w nim” pracować.

Czy korektor musi posiadać jakieś specjalne zdolności? Czy można mówić o „talencie korektorskim”? Jakimi cechami i umiejętnościami powinien się wyróżniać dobry redaktor i korektor?

Jestem przekonana, że zasad poprawności językowej i edytorskiej może nauczyć się każdy. To kwestia wysiłku, determinacji i ćwiczeń. Pozostaje druga strona medalu, czyli subtelne wyczucie – to, o czym wspomniałam przed chwilą. Redaktor musi rozpoznać, jakim językiem jest napisany tekst: i pod kątem danego gatunku, i pod kątem indywidualnego stylu autora. Nie można zmieniać wszystkiego na jedną modłę. Newsletter marketingowy będziemy poprawiać zupełnie inaczej niż pracę magisterską z językoznawstwa i jeszcze inaczej niż kryminał retro. I to wyczucie jest najtrudniejsze do nauczenia się – trzeba je nabyć w praktyce.

Przydadzą się tu wrodzone zdolności i oczytanie. Nie tylko w tzw. wysokiej literaturze, ale w gatunkach, typach tekstów, które chcemy poprawiać. Zanim zacznę redagować instrukcje gier planszowych, powinnam przeczytać przynajmniej kilkanaście, kilkadziesiąt już wydanych, żeby nie zaskoczyły mnie słowa typu „mechanika gry” czy pisownia dużą literą nazw oznaczających kluczowe elementy, np. Mapa, Bank itp. Jednym słowem – żeby dobrze poprawiać, trzeba dużo czytać. I mieć do tego dryg.

Tak się złożyło, że w poprzednich wywiadach na pytania odpowiadały kobiety – pisarka i ilustratorka. Chyba mam szczęście do odważnych, zdeterminowanych kobiet, które łączą pracę zawodową z byciem mamą i żoną. Ewo, masz czworo dzieci. Prowadzisz blog, konta na Instagramie i Facebooku, grupy dyskusyjne. Organizujesz webinary dla korektorów i prowadzisz Akademię Korekty Tekstu. Jak Ty to robisz, że tak imponująco łączysz te wszystkie role? Co jest, Twoim zdaniem, kluczem do sukcesu?

Bazuję na dwóch filarach. Pierwszym jest to, że ja po prostu chcę to wszystko robić. Nikt mnie do niczego nie zmusza, każdy mój wybór życiowy czy zawodowy wypływał z moich własnych decyzji. A właściwie moich i mojego męża. I tu przechodzimy do drugiego filaru – nie jestem w tym wszystkim sama. Mój mąż także pracuje i także zajmuje się domem. Nie wyliczamy sobie wzajemnie obowiązków i godzin spędzonych z dziećmi czy na sprzątaniu, po prostu dostosowujemy swoje działania do sytuacji. Jeśli któreś z nas potrzebuje więcej czasu poświęcić na pracę, drugie automatycznie bierze na siebie przygotowanie obiadu i odebranie dzieci z przedszkola. W duecie jesteśmy w stanie zdziałać więcej.

A poza tym wiele rzeczy odpuszczamy. Nie mamy problemu z tym, żeby zamówić pizzę na obiad w dniu, kiedy nijak nie możemy się oderwać od obowiązków, żeby stanąć na godzinę w kuchni. Nie myjemy codziennie okien i wiemy, że jak stos prania poczeka jeszcze dobę, to świat się nie zawali. Uczymy też dzieci domowych obowiązków i współdziałania. Starsi rano pomagają najmłodszemu się ubrać, sami ścielą sobie łóżka (jak im o tym przypomnimy), robią drugie śniadanie, sprzątają pokoje, wyciągają zmywarkę albo smażą naleśniki na kolację. Gramy w jednym zespole i do jednej bramki.

Powiem szczerze, że układając pytania do tej rozmowy, trzy razy czytałam każde z nich i zastanawiałam się, czy na pewno nie popełniłam jakiegoś błędu. Pomyślałam sobie, że być może jest tak, że autorzy (książek, opowiadań, blogów, e-booków itp.) boją się wysyłać swoje teksty do redakcji i korekty. Bo jak to tak? Ktoś związany z literaturą nie powinien chyba popełniać błędów? Powinien mówić i pisać piękną polszczyzną. Zdarzyło mi się obserwować dyskusje w grupach na Facebooku, gdzie jedna osoba wytykała błędy językowe drugiej. Jakie jest Twoje podejście? Zwracasz uwagę ludziom, kiedy popełniają błąd np. w komentarzu w mediach społecznościowych?

Nigdy. Mam do tego tematu radykalne podejście, które umacnia się z każdym kolejnym dniem, który spędzam w mediach społecznościowych. Jestem przekonana, że takie wytykanie błędów nic nie daje. Reakcją upomnianego jest często wstyd albo złość. Owszem, może i zapamięta tę lekcję, ale jakim kosztem?

Kiedy dziecko do mnie przyjdzie i powie: „Mamo, zobacz, jakie mój samolot ma wielkie skrzydły!” (przykład z życia), to nie odpowiadam: „No ładne, ładne, ale nie skrzydły, tylko skrzydła. Pamiętaj: skrzydła!”. Mówię wtedy: „O rany, faktycznie, twój samolot ma naprawdę wielkie skrzydła!”. Czy wytknęłam dziecku błąd? Nie, skupiłam się na tym, co było najważniejsze w jego przekazie. Ale użyłam słowa „skrzydła” w poprawnej formie. Jaki jest tego efekt? Dzieci automatycznie zaczynają mówić poprawnie. Może nie od razu, ale powoli nasiąkają poprawną polszczyzną.

I tak też chciałabym widzieć „misję” korektorów i ludzi słowa w Internecie. Poprawianie wszystkich naokoło naprawdę nie ma sensu. Dochodzi wtedy do sytuacji, kiedy np. członkowie grupy na Facebooku boją się zadać nurtujące ich pytanie, bo zamiast odpowiedzi otrzymają krytykę i wypunktowanie błędów. Naprawdę nie przynosi to nic dobrego.

Jeśli bardzo nam zależy na poprawności, zawsze można wysłać prywatną wiadomość. Kiedy piszemy komentarz i publikujemy go publicznie, jest tak, jakbyśmy krzyczeli do megafonu na zapełnionym ludźmi stadionie: „Hej! On zrobił błąd!”. Tak się nie robi. Po prostu. I mam nadzieję, że kiedyś będzie to standardem netykiety – skoncentrowanie się na tym, żeby samemu pisać poprawnie, a nie wytykanie błędów innym.

Inna rzecz, że media społecznościowe to miejsce, gdzie komunikujemy się szybko, często pisząc komentarze na telefonie. Literówki, drobne błędy, przejęzyczenia – to wszystko cechy języka potocznego. Są zupełnie naturalne. Na co dzień nie mówimy językiem słowników poprawnej polszczyzny. Owszem, warto dbać o czystość języka, ale pamiętajmy, że mamy z niego korzystać wedle własnej woli, a nie stawać się niewolnikami poprawności.

……………………………………….
Pozostałe części cyklu Rozmowy z Ludźmi Książki znajdziesz tu:
Nie czuję się specjalnie utalentowana – wywiad z pisarką, Katarzyną Wierzbicką
Noce przynoszą mi najlepsze pomysły – wywiad z ilustratorką, Joanną Czarnecką
Zawsze chciałam się rozwijać i mocno wierzyłam w to, co robię – wywiad z Sylwią Chojecką, o procesie wydawniczym


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *