Kiedy oni czytają te wszystkie książki? Doba u każdego ma tyle samo godzin, tylko 24! I ani minuty dłużej. To jak oni to robią, że tyle czytają i jeszcze mają czas o tym pisać? – Zachodziłam w głowę wiele razy, przeglądając moje ulubione pisarskie miejsca w internecie. – Ha! Już wiem! Pewnie nie mają dzieci. I nie pracują, bo skąd niby mają tyle czasu na czytanie, pisanie i na obecność w sieci?

Takie myśli przychodziły do mnie znienacka. Mieszanka frustracji, smutku i odrobiny zazdrości. Nie chodzi tylko o książki, ale ogólnie o porównywanie się do innych. Internet bardzo sprzyja tworzeniu złudnych wyobrażeń i popadaniu w przygnębienie. Ale po kolei…

Szkoła Trenerek Pisania

Jestem trenerką pisania. Przez ostatni rok intensywnie pracowałam w Szkole Trenerek Pisania Marii Kuli. Uwielbiam moją pracę. Pomaganie innym w rozwijaniu warsztatu pisarskiego sprawia, że czuję przyjemny dreszcz na plecach a usta same układają się w uśmiech. Żeby jednak pokazywać pisarzom i pisarkom drogi rozwoju, muszę sama rozwijać się literacko. Pisać i czytać, duuużo pisać i duuużo czytać. Kiedy rozpoczynałam przygodę ze Szkołą Trenerek Pisania, byłam w ciąży. Organizm często odmawiał mi posłuszeństwa. Gdy tylko zbliżał się wieczór a ja mogłam w końcu usiąść do pracy, oczy same zamykały się a siła woli opuszczała mnie w ułamku sekundy. Patrzyłam wtedy z zazdrością i frustracją na koleżanki trenerki, które pruły przed siebie jak żaglowce na morzu. Mogłam tylko próbować dotrzymać im kroku, w moim własnym, ciążowym tempie.

Kiedy urodziłam córkę, przez dwa miesiące byłam praktycznie wyłączona z aktywności trenerskiej. Przepraszam, wróć. Sporo wtedy czytałam, głównie w nocy podczas karmienia Igi. Można by powiedzieć, że było to czytanie w rytmie slow, jednak nie z mojej a z przymuszonej woli. Byłam tak zmęczona nocnym wstawaniem, że wystarczyła chwila bezruchu w ciągu dnia, a ja zasypiałam na siedząco. No i oczywiście przeszły mi koło nosa nasze szkolenia stacjonarne w Krakowie. Żeby wziąć udział w kilkudniowym spotkaniu naszej sześcioosobowej Pisarskiej Bandy w Dobrym Domu w środku lasu, musiałam zabrać ze sobą całą rodzinę, czyli męża i trójkę dzieci, w tym 3-miesięczną Igę. Kiedy brałam tam udział w rozmowie z trenerkami, bujając równocześnie Igę na rękach, byłam tam w połowie. Podczas gdy one omawiały program warsztatu, ja przysłuchiwałam się temu z odległości, usypiając Małą w ramionach.

Nie jest łatwo łączyć macierzyństwo z samorozwojem. Niekiedy trzeba było się sporo nagimnastykować. A nawet kiedy jakimś cudem się to udawało, czułam, że i tak jest mnie za mało w tym wszystkim. Męczyło mnie uczucie, że ciągle stoję z boku zamiast płynąć głównym nurtem wydarzeń. Tak, bolała mnie ambicja, bo kiedy się w coś angażuję, chcę to robić najlepiej, jak potrafię.

Rzeczy, które muszę

Teraz, kiedy zakończyłam już naukę w Szkole Trenerek Pisania i kiedy przeglądam czasopisma o nowościach na rynku książkowym, trafia mnie przysłowiowy szlag. Przecież muszę przeczytać to, to i tamto, i jeszcze zobaczyć tę i tamtą książkę dla dzieci. W końcu rynek książki dziecięcej to mój ulubiony nurt i chcę się nad nim szczególnie pochylić. Poza tym muszę pogodzić pracę z opieką nad dziećmi i organizacją naszego życia rodzinnego. Podsumowując, muszę się rozwijać i zdobywać nową wiedzę, muszę poznawać literaturę kolejnych pisarzy i pisarek, muszę napisać w końcu moją powieść. Żeby to wszystko połączyć, muszę być w ciągłym pośpiechu. Głowa mnie już boli od planów, chęci i marzeń… od tego całego bycia „na bieżąco”. No, ale przecież MUSZĘ!

A gdyby tak wyrzucić z głowy żandarma?

A teraz nadstawcie proszę ucho, bo chcę Wam wyznać tajemnicę. Gotowi? Jako mama trójki dzieci, zapracowana żona zapracowanego męża, a do tego zodiakalna waga szukająca w życiu harmonii, NIENAWIDZĘ POŚPIECHU! Uwielbiam siedzieć pod drzewem z książką w dłoni, albo zwyczajnie w domu na kanapie, popijać mocną, aromatyczną kawę, wsłuchiwać się w ciszę i delektować literaturą. Nie znoszę sięgać po książki, na które nie mam ochoty. Lubię wracać do ulubionych pisarzy i pisarek, żeby sprawdzać, jakie wrażenie zrobią na mnie ich pozostałe książki. Lubię być tu i teraz. Cieszę się, kiedy młodszy syn zaprasza mnie do zabawy autkami a starszy wieczorem opowiada, co się wydarzyło w szkole. Jest tyle rzeczy, które są dla mnie ważne.

Czytanie (i życie) w rytmie slow

No więc co z tego, że nie przeczytam kolejnej nowości, nie pojadę na festiwal literacki i nie napiszę dziś kolejnego rozdziału mojej książki? Przecież ja NIC NIE MUSZĘ! Ja mogę. I chcę. A jeśli chcę, to to zrobię. Nieważne jak szybko ani ile. Czytanie na wyścigi (i w ogóle robienie czegokolwiek na wyścigi, poza sportem rzecz jasna) to jak połknięcie całej gałki lodu zamiast delektowania się jej smakiem, zimnem, roztapiającą się pod wpływem ciepła konsystencją. To jak bieg przez las bez wdychania chłodnego, czystego powietrza, nasłuchiwania odgłosów zwierząt i roślin, wpatrywania się w to, co pod nogami. I po co ten pośpiech?

Ostatnia ciąża nauczyła mnie pokory i dystansu. Wiem już, jak ważne jest dla mnie czytanie i życie w rytmie slow. Wiem już, że wszystko ma swoje miejsce i czas. Trzeba wsłuchiwać się w swój organizm i jego potrzeby. Kiedy dopada mnie długaśna lista „to do”, biorę głęboki oddech. Upominam samą siebie, że przecież cały czas się rozwijam. Idę do przodu w ulubionym, bo w moim własnym tempie. Robię tyle, ile mogę. Nieważne, że z dzieckiem na rękach, na raty i powoli. Ważne, że konsekwentnie idę przed siebie. I nie rozglądam się za bardzo na innych, żeby nie stracić motywacji.

Każdy z nas ma swoją własną, odmienną drogę do celu. Delektujmy się nią. Zdążymy przecież wbiec na metę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *