Opowiadania Zadie Smith, emocje u dzieci i jak je kontrolować, reklama sukienek na Zalando, cytat o życiu, sytuacja w Turcji, kryzys klimatyczny. Tu wyprzedaż, tam nawoływanie do realizacji marzeń, a pomiędzy zbiórka na leczenie chorego dziecka…. – Pewnego październikowego przedpołudnia usiadłam na łóżku w pokoju syna. To była jedna z tych rzadkich chwil nicnierobienia. Sączyłam kawę i scrollowałam facebooka w telefonie. Szybko jednak pożałowałam, że uległam impulsowi. – Co to za świat? Jakie to wszystko jest dziwne i pokręcone. Sprawy ważne i miałkie, śmieszne i tragiczne. Wszystko przeplata się ze sobą na równi. Jakby szaleństwa na zewnątrz było mało, w mojej głowie w najlepsze rozkręcała się gonitwa myśli. Wertowałam listę rzeczy do zrobienia, plany na najbliższe miesiące, marzenia na przyszłe lata, ambicje, emocje, uczucia. Myśli wirowały, nachodziły na siebie, mieszały się i zataczały kręgi jak w kołowrotku. Wtórował im odgłos wirującej w łazience pralki. Odłożyłam telefon. Spojrzałam w szarość za oknem. Wchłaniałam ją jak gąbka. Milczałam w sobie.

A było to tak …

Przez ostatnie tygodnie czułam się wypruta z sił, fizycznie i psychicznie. Wrzesień i październik przyniosły mi ogromne zmęczenie i kilka trudnych, bardzo stresujących sytuacji. Przytłoczyły mnie swoim ciężarem. Miałam wrażenie, że siedzę w głębokiej, pustej studni. Co prawda z boku wisiała drabinka i na upartego mogłam się po niej wspiąć, wydostać na powierzchnię, gdzie powietrze pachniało jesienią a słońce przyjemnie ogrzewało twarz. Tylko że nie miałam siły na wspinaczkę. Patrzyłam więc zazdrośnie na spacerujących tam na górze i próbowałam odgadnąć, co się u licha ze mną dzieje?! Moja kreatywność osiągnęła poziom zero. Każda myśl o napisaniu artykułu na bloga kończyła się szybką rezygnacją. Na widok laptopa odwracałam wzrok. Nie chodziło o brak weny, o której pisałam tutaj. Chodziło o coś dużo głębszego, o wewnętrzną niemoc tworzenia.

Jak zgubiłam kreatywność

Aż przyszedł w końcu dzień, kiedy coś pękło. Razem z łzami wylała się ze mnie fala gorącej bezsilności. Kiedy zmyła już wszystkie nagromadzone pokątnie emocje, przyszło olśnienie. No przecież to takie oczywiste! Jak mogę oczekiwać od siebie kreatywności, kiedy moje ciało i umysł są przemęczone? Jak można być dla siebie tak okrutną i nieczułą? Byłam okropna, przyznaję. Brałam na swoje barki więcej niż mogłam. Zatopiłam się całkowicie w codziennych obowiązkach, gonitwie za tymi wszystkimi listami „must do”, „must think”, „must be”… Kompletnie zignorowałam fakt, że moje ciało potrzebuje snu a umysł relaksu. To dlatego wieczorami tak zachłannie uciekałam w książki. Dusza potrzebowała wyciszenia i równowagi. Kreatywność zniknęła w cieniu. Ustąpiła miejsca priorytetowym potrzebom, o które krzyczało moje ciało.

A potem zjawił się listopad

Spowił mnie szarością, otulił szczelnie i wdarł się dyskretnie do środka. Nie zdążyłam go nawet przyuważyć. Ot, po prostu, rozgościł się we mnie. A kiedy poczuł się już jak w domu, zapukał cicho i kazał się rozejrzeć w sobie. Ochłodził myśli i ostudził emocje. Zatrzymał wiatr. Odebrał głos ptakom i drzewom. Przykrył świat senną kołdrą. Oswoiłam go w sobie a on w zamian podarował mi uważność na samą siebie. Zwolniłam tempo. Poddałam się. I odzyskałam moją kreatywność.

fot. Łukasz Szmigiel on Unsplush

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *